"Jeżeli któregoś dnia ktoś zarzuci Ci, że Twoja praca nie jest profesjonalna, powiedz sobie, że Arkę Noego zbudowali amatorzy, a Titanica - profesjonaliści..."
niedziela, 14 lutego 2016
Jak zrobić jutowe kwiatuszki.
Na liczne prośby pokazuję, jak łatwo powstają. Zanim jednak będą kwiatuszki krok po kroku, pokażę jakie zrobiłam jajeczko, do ozdoby którego, zostały wykorzystane. Tym razem dodałam kolorowy akcencik w postaci jasnozielonych piórek, wygląda ślicznie, w każdym razie mi się podoba, gipsu już nie mam, a radosne spojrzenie pozostało, czy słusznie :)
No to zaczynamy.
Przygotować jutę, wyrównać brzeg, wyciągnąć pojedynczą nitkę, dla wyznaczenia szerokości paska , u mnie to było ok. 7 cm, wszystko zależy jak duże chcemy kwiatki. Jeśli chodzi o długość, to na jedną sztukę potrzeba ok. 30 cm . Dobrze sobie zrobić przez całą długość materiału i odcinać później ile potrzeba.
Po obu stronach wzdłuż wyciągniętej nitki i od brzegu wysmarować dość grubo wikolem ( może być Magik, ale jest droższy ), to nam zabezpieczy prucie się luźno tkanej juty.
Poczekać do całkowitego wyschnięcia.
Przeciąć w miejscu wyciągniętej nitki.
Następnie wyciągnąć wszystkie nitki znajdujące się wzdłuż, pomiędzy miejscami klejenia, powstanie takie coś.
Posmarować klejem jedną z krawędzi, odczekać chwilkę ( lepiej łapie )
zagiąć drugi brzeg i skleić. Nie czekać długo, gdyż klej się zrobi zbyt twardy .
Znów posmarować klejem
i po chwili zawinąć w taki pędzelek.
Jak się dość dobrze sklei, znaleźć środek i wygiąć na zewnątrz żeby uformować kwiatek.
W środek wkleić perełkę, lub co kto chce.
Nie jestem autorką pomysłu, korzystajcie ile chcecie i nie musicie podawać źródła. A kto znajdzie oryginalny, poproszę o przesłanie, uzupełnię na blogu. Kursik publikuję dziś, bo może jeszcze ktoś zechce się pobawić w wolnej chwili , a tak, gdyby nie było, to byłoby żal, że trzeba czekać. Takie kwiatki można zrobić nie tylko z juty, wystarczy , że będzie to materiał luźno tkany, który pozwoli na wyciąganie nitek . Tyle z moich podpowiedzi :)
Gorąco witam nowe obserwatorki, a Wszystkich pozdrawiam Walentynkowo, niezwykle ciepło, niemal wiosennie i do zaś :)
EDYTOWANY
Dzięki Ranatce jest kursik - dzięki :)
https://www.youtube.com/watch?v=6Ez8cqQz28E
a ja dzięki niemu dotarłam do tego, który kiedyś widziałam i utkwił mi w pamięci :)
https://www.youtube.com/watch?v=De4igBXpsHg
sobota, 13 lutego 2016
Na Do widzenia :)
W tym momencie uspokoję Tych, co pomyśleli - " Dlaczego " ? A może rozczaruję Tych, co być może pomyśleli - " No wreszcie " ! Cóż, trzeba uwzględniać wszystkie opcje :) Mi jednak chodzi o tak przyziemną prozaiczną sprawę, jak serwetki. W pewnej popularnej sieci handlowej, gdy kończy się jakiś sezon - w tym wypadku był to bożonarodzeniowy - czyli Bożemu Narodzeniu mówimy " Do widzenia " , wtedy mamy takie śmieszne wysprzedaże. Śmieszne w sensie wysokości cen. Tak oto kupiłam kilka paczek serwetek, w cenie jednej sztuki , a dokładnie tym razem było 60 groszy :)
W końcu wysechł lakier, bo zachciało mi się pomalować takim odpornym na warunki , ze względu na przeznaczenie przedmiotu i schło 5 x dłużej = 2 dni , ale jest, a właściwie są pudełeczka, które ozdobiłam swoimi niedawnymi zdobyczami .
Jak widać, jest też " Do widzenia " z Wielkanocy .
I teraz kilka ujęć osobno.
Dodatkowo ozdobiłam kokardką, bo jakoś po zmontowaniu, dolna część wydała mi się taka niekompletna . Niestety nie zrobiłam zdjęcia wnętrza , musicie uwierzyć mi na słowo, są to pudełka z 9 przegródkami, przy których nie robiłam nic, bo właścicielka nie chce, by zawartość pachniała farbami i lakierem. Wykonałam je na zasadzie " handlu wymiennego ", w zamian dostałam dwie sztuki ciut mniejszych, czyli takich na 6 przegródek. Może ktoś pomyśli, że to taka zapłata niezbyt , bo surowe pudełeczko można za dyszkę kupić, ale ja jestem zadowolona, a przecież o to chodzi, bo nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze, prawda ? :)
A teraz deserek. Ostatnio zachwycałam się bananowymi pączusiami . Trzy dni temu zrobiłam takie oto kokosowe smakołyki.
Przepis pochodzi z tego samego bloga, czyli od Eli i znajdziecie go TU
A kto zajrzał, lub zajrzy, ten już wie, lub zobaczy, że u mnie wygląda nieco inaczej ...
Zaczęło się bardzo przepisowo, a dalej to już była pełna improwizacja. Mój kokos był bardzo drobny i po wsypaniu pierwszej porcji, od razu zniknęło mi całe mleko z garnka ... Ale dałam radę, do momentu, gdy batoniki miały być całe obtoczone w czekoladzie. Widząc, że na pewno polewy mi nie wystarczy , od razu wybrałam opcję jak widać powyżej. W każdym razie były przepyszne i szczerze polecam :)
Mnia mniam :)
Na liczne prośby, w następnym poście, pokażę Wam, jak zrobić jutowe kwiatki. Sam pomysł nie jest mój, trafiłam gdzieś kiedyś, ale nie potrafię znaleźć, zatem zrobię zdjęć kilka i będzie ogólnodostępny, a jeśli ktoś wie gdzie jest źródełko, to ja chętnie wkleję odnośnik :)
Na dziś, to tyle. Miłego weekendu i do zaś :)
EDYTOWANY
Żeby nikogo niepotrzebnie nie denerwować, takie wzory zakupiłam po minionych świętach i tymi się mogę podzielić. Wiosenne wyparowały w większości, bo od Wielkanocy 2 lata temu, kiedy to kupiłam " maselniczkeichrzaniczke " ( o czym pisałam wtedy na blogu ) minęło już trochę czasu. Więc przepraszam :(
środa, 10 lutego 2016
Metamorfoza
I znów tytuł ma podwójne znaczenie i jak zwykle o tym na koniec, choć w zasadzie będzie o tym od samego początku. Ale już Was przyzwyczaiłam, że u mnie nic nie jest tak oczywiste, przynajmniej nie może być :)
W domciu namiętnie używamy pewnych kosmetyków w dużych opakowaniach ( o tym na koniec ), długo się zastanawiałam, jak je wykorzystać, bo wyrzucić oczywiście żal. Najczęściej więc je myję, zdrapuję " dowody zbrodni " i stoją takie bezpłciowe. Kiedyś porozdawałam parę sztuk i jedna ze znajomych zrobiła decou, nie wiem, czy nieudolnie, czy ( ? ), bo wszystko zaczęło pękać i odpadać. Więc jeśli ktoś ma jakiś patent, na decou na plastiku, to ja chętnie zaadoptuję wskazówki. A póki co, moja aranżacja wygląda tak.
Jeden boczek ...
i ciut z drugiej strony ...
zadek ...
z góry ...
i na koniec z dołu, jak już dokleiłam ten filc, to znalazłam kawałek jasno beżowego, zmienię to w stosownym terminie, a póki co, jest tak widać.
I jeszcze zbliżenie kwiatuszków, bo są cudne, na żywo jeszcze bardziej :)
Nie wiem, czy ten gips uciska na rękę, czy na jakiś nerw wzrokowy, przecież nie powiem, że na mózg :) , ale wszystko zaczyna mi się podobać, po prostu strach się bać ;)
A metamorfoza dotyczy opakowania po takiej litrowej odżywce do włosów. Nie jest to reklama, ale jak producent coś mi wyrzuci, to mogę kilka dobrych słów napisać :)
A druga metamorfoza będzie jutro ok.godz 15, w końcu moja łapka będzie bez " opakowania ". Huraaaaaaaa !!!
A później to takie mam ogony, że Alleluja, ale co mi tam i tak skaczę z radości :)
Z radości też Wszystkich ściskami i całuję dookoła głowy. Pozdrawiam i do zaś :)
poniedziałek, 8 lutego 2016
TUSAL 2016 - odsłona 2
Dziś chciałabym odkryć tajemnicę mojego misia. To nie jest taki sobie zwyczajny słoiczkowy tworek. Robiąc go, wiedziałam, że w każdym miesiącu, będzie czymś zaskakiwał, dlatego górne łapki są ruchome, o czym w styczniowej prezentacji nie wspomniałam. Luty - wiadomo - więc dziś mój miś, jest zakochany :)
Serce na dłoni, rumieniec na policzkach ...
motyle w brzuchu ...
a nie, w brzuszku, to on ma co innego ...
Dla Tych, co nie lubią takich widoczków, na osłodę położyłam serduszko :) Na dziś Felusiowi mówimy papa i do zobaczenia za miesiąc :)
Pozdrawiam i do zaś :)
sobota, 6 lutego 2016
Prawie jak Tomaszek :)
Ale zanim będzie o tym niedowiarku, to mój kolejny pierwszy raz. Karteczka była na blogu parę dni temu, bezimienna, dziś zaistniała potrzeba przemienienia jej na jubileuszową, z okazji 40 lecia sąsiedzkiego KGW, gdzie za chwil parę będę się wybierać, w zasadzie, to już powinnam nóżki moczyć ...
Dorobiłam jej pudełeczko, wiadomo załącznik musi być. No i tak to sobie sprytnie wykombinowałam, żeby nie pakować znów w pudełeczko i ozdabiać je i jakiś znajomy mi anonimek powie - no Kochana, ale toto na pudełku to się nie komponuje z tym co w środku, więc Salomonowym wyjściem, środek jest na zewnątrz ...
To moje pierwsze pudełeczko z okienkiem, prawda, że fajnie to wygląda ? Nie trzeba kombinować, co zrobić na zewnątrz, mało tego, nic nam nie przeszkadza, bo jak coś rypniemy, to dalej sterczy jak na kartce, a przecież chcemy, żeby nam w torebce nie przeszkadzało, ale też chcemy by było ładnie. No to tak jest chyba i ładnie i praktycznie, mi się podoba, a wiecie, że mi się rzadko co podoba :)
I pozwoliłam sobie otworzyć, by pokazać że elementem łączącym wnętrze z zewnętrzem są półperełki i zapomniałam dodać, że okienko ma celofanową " szybkę " :)
A teraz bierzemy się za Tomasza. Wczoraj miałam przyjemność pogadać sobie z JADZIĄ. Pogadać, to chyba za małe słowo, nawijałyśmy jak nakręcone, zdecydowanie te same fale i mogłybyśmy tak długo, dziś była mała powtórka z rozrywki, ale to już inna bajka. Do rzeczy. Jadzia poleciła mi taki karczuś w mojej ukochanej wersji , czyli dla zapracowanych, bądź leniwych ( właściwe podkreślić ). Zresztą, każda z nas bywa i zapracowana i leniwa, więc jest to danie zdecydowanie dla nas !
Kawałek karczku, co najmniej 1 kg ( mniej nie radzę, bo ostatni wracający do domu mogą co najwyżej talerz oblizać ), 1 kg soli kamiennej, blaszka do pieczenia. Karczek myjemy, dokładnie osuszamy, sól wsypujemy na blaszkę, robimy w niej zagłębienie ( pod spodem ma być sól, nie goła blacha ), do dołka wkładamy mięsko i do nagranego piekarnika na termoobieg - ja miałam 1,5 kg, to na 1,5 godziny w temp 200 stopni. Machnęłam się lekko, według instrukcji miało być 180, ale widzę, że to nie było za dużo.
Nie zrobiłam zdjęcia przed, ale zrobiłam tuż po wyjęciu.
I po odcięciu kawałka.
Więc o co chodzi z tym Tomaszkiem ? Nie wierzyłam, jak toto może być zjadliwe, wystarczająco smaczne, nie za słone od spodu i mało słone na górze i jak się toto nie spali bez polewania i na termoobieg i taka temperatura ? Jednak wersja na leniwca - zwłaszcza dziś - wygrała. Zadawałam sporo pytań, jednym z nich było - jaka ta sól - proszę, ma być taka .
Jadzia podpowiedziała - na zimno - idealne do kanapek, lub jako zimna przystawka, na ciepło z sosem do ziemniaków, lub jak kto chce. Przepis, najprostszy chyba jaki znam, potwierdzam, że mięsko jest zaskakująco smaczne. Na koniec wnoszę zażalenie, jest zdecydowanie za smaczne ! Przybiegłam z przepisem, bo jak by ktoś zaszalał na ostatkach, to taki obiadek będzie jutro jak znalazł . Dziękuję Jadziu :)
Pozdrawiam i do zaś :)
A teraz ruchem posuwistym, udaję się do łazienki, za 40 minut wyjście, a ja jeszcze paluszkami po klawiaturze stukam :)
środa, 3 lutego 2016
Najszybsze pączki świata !
Pędzę z rewelacją, jaką dziś " odkryłam ". A ponieważ jutro pączkowe święto, to czym prędzej biegnę, aby się z Wami podzielić, bo dobrem, należy się dzielić. Niecałą godzinkę temu zajrzałam na bloga, którego polecałam w poprzednim poście, czyli do ELI, a tam pączuszki. Bez zbytniego zapału spojrzałam na przepis, bo wiadomo, jak tu dziabać w cieście jedną łapką, podobno jedną ręką, to się kury maca ... przynajmniej tak mnie ślubny czasem uświadamia ;)
No dobra, doczytałam i aż mi się oczy zaświeciły !
Trzask, prask i moje pączusie gotowe
Tak wyglądają w środku, przepraszam, ciutek ostrość się rozjechała, ale myślę, że to aparat się zaślinił, już na sam widok ;)
Całość procesu trwała 20 minut, z czego chyba najwięcej trwało szukanie garnka o odpowiedniej wielkości. W życiu jeszcze nie widziałam, ani nie robiłam pączków, które są tak błyskawiczne , a przy tym smakują tak niebiańsko ! Co prawda Ela pisała, że one same takie mądre i się obracają, moje niestety zbyt leniwe, albo dupeczki im za ciężkie zrobiłam. Później jeden odważny mi powiedział na ucho, że jak w szkole, była lekcja " O obrotach ", to oni byli na zwolnieniu, bo im banany zaszkodziły ;)
Tak czy siak, jeden się kulnął sam, innym pomogłam. Z podanej porcji wyszło mi 13 sztuk i chyba faktycznie dość spore robiłam, ale co tam, niebo w gębie. Wersja idealna dla zapracowanych, tudzież leniwych ( właściwe podkreślić ), czyli jedna z moich ulubionych. polecam i pędźcie do ELI , której serdecznie dziękuję, pewnie od dziś, będą to moje ulubione pączuszki :)
Pozdrawiam i do zaś :)
poniedziałek, 1 lutego 2016
Po nitce, do kłębka ...
Dzisiejszy tytuł, występuje w podwójnym znaczeniu. Zanim dojdę do tego, który stał się jego inspiracją, pokażę odwrotne zastosowanie, czyli od kłębka, przez nitkę, do jaja.
Zważywszy na okoliczności, jestem z niego bardzo zadowolona. To jakaś nowość u mnie i nie wiem czy powinnam się z tego cieszyć, znaczy się z tego samozadowolenia :)
Jak to jest zrobione ? Styropianowe jajo owinęłam sznurkiem wędliniarskim - miękki, bawełniany, dobrze się klei, jest we właściwym kolorze na tło i jest na stanie posiadania w mojej szafce, to tyle z argumentów za. Na to zrobiłam decou, przy czym lakierem przeleciałam tylko raz i tylko sam motyw. Dzięki temu jest delikatne, bo nie wiem, czy zależy mi na takim ciężkim, betonowym jaju. W takim wydaniu jajca jeszcze nigdzie nie widziałam :)
A jakie jest Wasze zdanie, na temat jaja i lakierowania ( lub nie ) całości ?
A teraz działanie odwrotne, czyli po nitce do kłębka.
Z racji białego stycznia u DANUTKI , zaglądałam na różne blogi. I tak trafiłam, gdy Ania PAWANNA zachęcała od zajrzenia na bloga ELI. Jeśli te dwa pierwsze blogi większość z Was zna, to tego trzeciego już niekoniecznie, choć widzę też znajome twarze, wśród obserwatorów. Jest to blog kulinarny, ale inny niż większość, na które zaglądałam. Bo nie sztuką jest zaszaleć w kuchni, gdy lodówka pęka w szwach, a do spiżarni nie da się wtoczyć i to nie z powodu bałaganu, a wypełnienia jej " milionem " produktów. Sztuką jest stworzenie czegoś pysznego tak, by nie zrujnować portfela, że o własnym zdrowiu nie wspomnę. Taki kuchenny recykling znalazłam u Eli. Zapraszam, uwierzcie - warto.
Na zachętę - dla Tych, co chcieli spróbować domowej wędlinki, ale póki co nie mają szynkowara. Domowa mielonka na parze.
Ja wpakowałam ją do osłonki barierowej - to taka wymądrzalska nazwa woreczka foliowego, w kształcie walca.
Odcinamy ile trzeba i pakujemy zawartość do środka, jest odporny na temperaturę, więc nic nam nie zwieje ... pod warunkiem prawidłowego zawiązania :) Inny sposób pakowania i cały przepis znajdziecie TU . Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie dorzuciła, u mnie są to suszone pomidory z bazylią, mam, zrobiłam sobie swoje, to dodaję. Całość - niebo w gębie, zapach niestety też nie do obfocenia :)
Elu, przy okazji witam Cię jako moją Nową Obserwatorkę i dziękuję za cudny przepis, jak ostrzegałam - grzebię dalej. Was też zachęcam :)
Na dziś to tyle. Dziękuję za cudne komentarze i że moje marudzenia jeszcze Was nie zniechęciły i nadal zaglądacie, zostawiając takie miłe słowa :)
A teraz pędzę odrobić zaległości :)
Pozdrawiam i do zaś :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































