Moje prace

Moje prace

czwartek, 1 listopada 2018

Jest taki dzień ...


Nie, to nie są słowa jednej ze świątecznych piosenek, nawiasem mówiąc bardzo pięknej i bardzo ją lubię. Jednak w minionym tygodniu, w związku z tym dniem, który właśnie się kończy i w związku z rocznicą o której mowa na końcu,  wybrałam się w swoje rodzinne strony. Przy okazji chciałabym Wam pokazać, skąd pochodzę.
Blisko 500 km od mojego  obecnego miejsca zamieszkania w województwie lubuskim,  leżą Żary.
Ponieważ jechałam pociągiem, na początek powitał mnie dworzec kolejowy.







Tutaj nic się nie zmieniło, poza lekkim odmalowaniem holu stacyjnego, sam budynek powoli przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Fasada może jeszcze jako tako ale od strony peronów, żal patrzeć, zresztą jak na większość tego typu obiektów na trasie z Żar do Legnicy. Dewastacja, to jedyne najdelikatniejsze słowo,  jakie mi przychodzi do głowy.




Po ok. 20 minutowym  spacerze,  oczom mym ukazała się  kamienica, w której mieszkałam prawie od urodzenia, do dnia ślubu i wyprowadzki. Strzałeczką zaznaczyłam okno od mojego pokoju. Bo choć nie mieszkam tam już ponad 35 lat, to nadal jest MÓJ pokój.




Samo miasto jest bardzo stare. Zostało założone w roku 1030, a prawa miejskie otrzymało w roku 1260.
Tak wygląda Urząd Miasta  i rynek wokół ratusza.




















Stojąc plecami do ratuszowego wejścia, przed sobą mamy deptak. Szczerze powiem, że chyba mało kto wie, jaką nosi nazwę ta ulica, odkąd powstał, wszyscy mówią deptak.










Ponieważ zabudowa tutaj jest nieregularna, różna była szerokość ulicy i chodnika, co nawet jak na ówczesne czasy, było bardzo niebezpieczne, w niektórych miejscach chodnik miał niecałe 0,5 metra, a ruch na ulicy szaaaalony ;) Pamiętam sytuację, jak przyjechała do nas w odwiedziny ciocia z Pomorza, ze swoim bardzo niegrzecznym synkiem. W obawie o jego bezpieczeństwo, kupiła w " Drogerii " sznurek, zawiązała mu na plecach szelki i prowadziła łobuza na " smyczy ". Pomysł na zrobienie tam deptaka, był bardzo mądrym rozwiązaniem.

Tak wygląda jeden z kościołów. Pokazuję go, bo




choć różne były jego losy, to staraniem ówczesnego proboszcza , przeszedł z powrotem w posiadanie Parafii Rzymskokatolickiej i tak stał się moją parafią,  to w nim  braliśmy ślub :)




Tak wygląda plebania, budowana w swoim czasie z bezinteresowną ogromną pomocą mojego tatusia.
Wieża i budynki z lewej strony są zabytkowe, budynek z prawej jest stylizowany adekwatnie do epoki.





Uczciwie przyznam, że sporo się zmieniło w mieście, ale w wielu miejscach czas zatrzymał się, albo raczej cofnął. Kamienica naprzeciwko mojego domku jest z roku 1538. Teraz wygląda tak,




a za  " moich czasów " mieszkała w nim między innymi moja ciocia i  szkolny kolega mojego brata .
Pałac Promnitzów.







Pamiętam - znów użyję określenia " za moich czasów ", jak za pomocą helikoptera była stawiana potężna stalowa konstrukcja dachu . Przedsięwzięcie niesamowicie trudne technicznie, bowiem wymiary pałacu to ok. 30 x 34 metry. Dopiero za trzecim podejściem udało się prawidłowo ustawić. Cały czas teren był zabezpieczony przez wojsko, gdy helikopter latał z tym ładunkiem nad miastem, lub kołował nad pałacem. Sam budynek otoczony był fosą, której zachowaną część jeszcze pamiętam. Teraz już jej nie ma.
Obok stoi zamek Dewinów ( ten z wieżą ) .




Niestety, poza położeniem dachu na jednym i drugim obiekcie, przez 40 lat nie zrobiono nic, reszta popadła w całkowitą ruinę.
Na koniec jeszcze jeden, tym razem  chyba śliczny widoczek, dość charakterystyczny dla miasta, bo często występował na widokówkach. Tym razem w jesiennej odsłonie.




Rzadko kiedy coś piszę o sobie, ale wyjątkowo dzień dziś taki, że nastraja do wspomnień .
Mój Tatuś zmarł 27 lat i 3 dni temu, dokładnie w dniu imienin mojego męża ...
Dojeżdżałam właśnie do Wrocławia, gdy zadzwonił telefon, córka miała wypadek ... na szczęście okazało się, że z nią wszystko w porządku, tylko auto rozbite. Ale zanim to do mnie dotarło, to łzy i nerwy zszarpane. I to też był  jak przed laty, dzień imienin mojego męża ...
To nie była podróż sentymentalna. Szczerze powiem, że choć może miejscami wygląda nawet ładnie, to miasto nigdy mi się nie podobało, czułam do niego jakąś antypatię. Może to nie wina TEGO miasta, ale ja ogólnie zawsze chciałam na wieś. Budowałam więc tę swoją niechęć latami i chyba tak już mi zostało. Moje marzenie się spełniło, mam tę swoją wieś i choć teraz cywilizacja mocno wlazła mi do niej z buciorami, to jednak mimo wszystko nadal jest wieś i w mieście nie dałabym już rady funkcjonować, o czym przekonałam się podczas tej podróży.
Pozdrawiam tych co dotrwali do końca :)


wtorek, 2 października 2018

Harsoy i wspomnienia.


Wakacje za nami, a ja dopiero teraz troszkę powspominam. W przeciwieństwie do prawie wszystkich, zacznę od końca. Większość z Was już chyba widziała u Lidzi, że pewnego pięknego wrześniowego dnia spotkałyśmy się, na początek w Niepołomskiej Puszczy . Zdjęcie autorstwa męża Lidzi.





Później było miasteczko, śmiałyśmy się, że bruderszaft kubeczkami lodów i ... zamknięty tego dnia zamek.  Lidziunia to fantastyczna osóbka z wyglądu jeszcze młodsza, niż to wskazuje metryka, pokrewna dusza,  dziewczyna jak to się mówi  " do tańca i do różańca ".  Buzie nam się nie zamykały ... co by nie powiedzieć, cudnie, lecz zdecydowanie za krótko. Dłuższa relacja u Lidzi TU . Na koniec nastąpiła wymiana prezentów. Ja dostałam takie skarby,






o kurcze, teraz widzę,  że morski słoiczek ,  który stoi sobie u mnie na półeczce,  zapomniałam uwiecznić, więc też  zapraszam po szczegóły do Lidzi TU. Nie no,  jeszcze winko dla ślubnego, jeszcze skleroza czy już  ... Dodatkowo dostałam prezent urodzinowy. Była też galaretka w czekoladzie, ale ostała się ino kukardka :)






Mało tego. Lidzia zabawiła się w kuriera i przywiozła mi niespodziewaną niespodziankę od Pawanny.





Cudnie pachnące lawendowe niespodzianki i przepyszny dżemik. Dziękuję Aniu za prezenty i za to, że pomyślałaś o mnie :) Co ja dałam Lidzi, to też odsyłam na " Misiowy Zakątek " , gdyż nawet nie zrobiłam zdjęć. Jeszcze raz dziękuję Lidziu za to spotkanie. Pierwsze i mam nadzieję, że nie ostatnie :)

A teraz ciut o mnie. Tydzień wakacji spędziłam u córki, w tym weekend w domku nad fiordem. A domek ten wyglądał tak





i nosił nazwę





Tam postał malutki misiaczek, dokładnie ma 6,5 cm i dostał takie imię, jakie nosił domek. Jest mój, nikomu nie oddam, bo jest miłym wspomnieniem i pamiątką z wyjazdu :) Szczerze powiem, że od wtedy zamisiaczkowałam się. Każdą wolną chwilę, choć tych mam zdecydowanie mało, poświęcam na dopracowywanie tych słodkich pysiaczków.

Spróbowałam jako breloczek,





był też przytulasek, ale poszedł sobie do innej.  Później powstały takie trojaczki, mają tak ok. 9 cm wzrostu i są z nie mechacącej się włóczki Art Yarn Jeans.






I jeszcze kot. Ten to prawdziwy olbrzym ;)  Powstał z darmowego wzoru dostępnego TU,  ma całe 11 cm :)





Misiaczki,  to moja radosna twórczość. Kto dotrwał do końca, to rączki w górę i HURA  !






Po sobotnio - niedzielnych porannych przymrozkach pozdrawiam cieplutko i mam nadzieję do zaś  :)

EDYTOWANY
Wyjaśniam, to nie jest domek córki, chciałaby, ale wiadomo. To domek wczasowy z firmy w której pracuje, spędziliśmy tam tylko weekend, niestety tylko, ale fajnie,  że chociaż tyle się udało :)

piątek, 28 września 2018

Niezwykła budowla.


Zanim się odgruzuję i wrócę do rzeczywistości, chciałam Wam pokazać coś cudnego. Może wiele osób o niej nie wie, a już zobaczyć na własne oczy,  to raczej większość nie będzie miała okazji,  ja dziś miałam tę niespodziewaną możliwość, myślałam, że skoczę kiedyś na Brzegi na Campus, bo to u mnie rzut beretem, a tu taka niespodzianka.  Zrobiłam specjalnie dla Was kilka zdjęć, choć one nie oddają prawdziwego piękna i misternej pracy.





Model Bazyliki Mariackiej w Krakowie jest darem, jaki Wieliczka otrzymała podczas tegorocznego Festa del Covo Campocavallo w rejonie Osimo we Włoszech. Model najpierw prezentowany był przed samą Bazyliką w Krakowie, obecnie stoi na Rynku Górnym w Wieliczce, by docelowo stanąć w Campusie Misericordiae, gdzie w 2016 roku odbyły się Światowe Dni Młodzieży.






Prace nad nim trwały 8 miesięcy. Model został wykonany z 2 milionów kłosów zbóż. Wymiary Bazyliki 5,4 metra wysokości, tyle samo długości i 2,25 metra szerokości. Waży 1,8 tony.






Święto Festa del Covo pochodzi z włoskiej tradycji kultury ludowo - religijnej i jest obchodzone jako dziękczynienie za plony ziemi. Można powiedzieć, że to takie nasze Dożynki z tą różnicą, że na uroczystości te wykonywane są nie wieńce, a z kłosów zbóż modele w pomniejszonej skali znanych  kościołów i bazylik z całego świata.





W związku z przypadającą w tym roku 40 rocznicą wyboru Jana Pawła II na Papieża, postanowiono wykonać Bazylikę Mariacką, gdzie odbyły się ostatnie ŚDM, a  które były zapoczątkowane właśnie przez Papieża Polaka.

















Piękny dar, przepiękne dzieło. Kto ma możliwość,  zachęcam do obejrzenia na żywo. Robi wrażenie !

Pozdrawiam cieplutko . B

niedziela, 19 sierpnia 2018

Słodkie pożegnanie.


Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat.
Wróciłam, troszkę mnie podleczyli, naprawili, serducho pika już normalniej,  więc jakoś funkcjonuję. Dziękuję Wszystkim za troskę i słowa otuchy, bardzo mi się przydały :)

Robótkowo posucha, za to wczoraj na cito piekłam taki torcik i choć w zasadzie już nie piekę, to w tym przypadku nie mogłam i nie chciałam odmówić :)












I tym słodkim akcentem żegnam się z Wami. Na te ostatnie dni wakacji lecimy do córci. Z konieczności nie będzie jakiegoś szaleństwa, tylko leniwy wypoczynek, kiedyś tak też trzeba  :)
Pozdrawiam więc Wszystkich cieplutko i do zaś Kochani :)

EDYTOWANY
Zapomniałam wyjaśnić, że choć zdjęcia były niewyraźne, ale tego cudaka rozpoznałyście prawidłowo, to polski koliberek, czyli fruczak gołąbek. Gratuluję sokolego oka i ogromnej wiedzy  :)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Królisia, czyli powrót do szydełka :)


Telefon - upss, w nowoczesnym świecie oznacza to wiadomość na Snapchat - ciociu - potrzebuję jakąś laleczkę do prezentu na Chrzest. Ok. nie ma sprawy, ale tak ciut jaśniej poproszę. I wyszło na to, że to ma być królisia, z długimi nóżkami. Co do reszty dostałam wolną rękę. No nie wiem, czy z tą wolnością,  to akurat takie dobre posunięcie, ale się starałam. Wyszła całkiem spora panna, która wygląda tak :)
















I na ostatnim zdjęciu  w pozycji, jaką często widuję i podziwiam na blogu  https://lalkacrochetka.blogspot.com/ . Jakość mojej fotografii ma się nijak do pierwowzorów, cóż, nigdy nie było to moją mocną stroną. Tak nawiasem mega zdolniacha z tej Justynki, kto jeszcze tam nie trafił, to zapraszam, jest co podziwiać :)





Królisia wykonana z włóczki ArtYarn Jeans, na którą się aktualnie powoli przerzucam.Nie mechaci się i jest w dużej gamie kolorystycznej. Jest ciut cieńsza i droższa niż kotek z której dotychczas robiłam, ale trwałość produktu ma dla mnie ma większe znaczenie. Dobrze się spisałam , jak sądzicie, ujdzie w tłoku  ?

I jeszcze na koniec przedstawiam pomidorka koktajlowego z mojego ogródka ;) Przynajmniej takie kupiłam sadzonki, a co wyrosło ?




Zupka była przepyszna :)
Dziękuję za odwiedziny, wszystkie komentarze, dobre słowo, za to że jesteście i zaglądacie. Proszę o pozytywne myśli we wtorek i środę, oby wszystko było ok, to szybciutko do Was wrócę  :)
Pozdrawiam i do zaś :)

Skleroza mnie dopadła.
Chciałam Wam pokazać dwa zdjęcia, jakie udało mi się pstryknąć na swoim balkonie. Ciekawe czy ktoś zgadnie, co to za latający obiekt udało mi się uchwycić. Nagrody raczej nie przewiduję, ale zabawa może być całkiem fajna :)






niedziela, 29 lipca 2018

Druga lala i zaległości.


Za chwilę koniec miesiąca,  a u mnie tylko jeden post. Tak źle to jeszcze nie było, więc czym prędzej, żeby choć drugiego w miesiącu zdążyć spłodzić ...
Na początek nowa lala. Z tą poszło szybciej i bardziej zadowolona jestem.
A druga lala,  wygląda tak.


















Jest ciut większa od pierwszej, co widać poniżej. Wszystko oprócz bucików szyte osobiście na własnej maszynie :)




A co mi się w tej pierwszej bidulce nie podobało ? Otóż to, że jest nierozbieralna, ale mi ktoś delikatnie wytłumaczył , że one takie skromne są, że się wcale przed wszystkimi nie rozbierają i tak ma być. No więc powiedzmy,  że  teraz już z obu jestem " zadowolniona "  :)

Jakiś czas temu jako pierwsza odpowiedziałam  prawidłowo na zagadkę, jaką zadała Basia z bloga http://5porroku.blogspot.com/2018/06/czytaam-raz-potem-drugi-i-trzeci-i.html . W nagrodę zostałam obdarowana autorską książką i słodkościami. Dziękuję Basiu, pękam z dumy, że Cię znam i mam osobistą dedykację  :)





W minionym tygodniu dotarła do mnie przesyłka od Alinki  z bloga https://aliwero.blogspot.com/ . Są to prezenty z okazji rocznicy bloga. Bardzo dziękuję za wszystko, także za pożarte przez łasuchów batoniki, które nie zdążyły się załapać do wspólnej fotografii, a szczególnie dziękuję za przecudnej urody wieszaki, zapamiętałaś, że mi się baaaaaardzo podobały :)






A teraz dziwne zjawisko. Moja " nieinternetowa Marysia " ( kto do mnie zagląda, ten wie o kim mowa ) dostała od kogoś nową odmianę tykwy . Nową dla nas, bo takich jeszcze w swych uprawach nie miałyśmy. Mała, fajny prawie okrągły kształt. Jak to Maryś, nie usiedzi, by coś nie wykombinować. Wycięła otwór w spodzie tykwy, wyciągnęła nasionka i zakleiła dziurkę z powrotem. W  środku było 10 nasionek, wszystkie wzeszły. 6 sztuk posadziła u siebie, 4 dała mi. I co w tym dziwnego ? Ano to co widać na zdjęciu. Nasionka wyjęte z jednego " owocu ", a dzieci wyszły jakby całkiem różne :)






I na koniec końców zapraszam na marchewkowe muffinki . Jeszcze w piekarniku.





I zaraz po wyjęciu.






Są pyszne i robi się je ekspresowo. Jak są zainteresowani,  to wołać, podam przepis :)

I jeszcze spóźnione, ale najszczersze życzenia dla Wszystkich Ań, Anulek i Aneczek, do tego dorzucam różę z mojej rabatki :)




Pozdrawiam i do zaś :)

EDYTOWANY.
Na pozytywnie rozpatrzony wniosek Anonimusa ( pogadamy sobie przy okazji :), oto przepis na muffinki.

2 szklanki startej na tarce ( na dużych oczkach ) marchewki
1 i 1/2 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2  łyżeczki sody
szczypta soli
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru ( ja nie miałam to nie dałam, też było smaczne )
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
3/4 szklanki oleju roślinnego ( dałam rzepakowy )
3 duże jaja, lub 4 mniejsze ( dałam 3 - standardowe, niby L )
1 szklanka brązowego cukru ( z braku dałam ciut mniej )
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii ( dałam proszek waniliowy - nie mylić z cukrem waniliowym )

Piekarnik ustawić na 180 stopni. w tym czasie obrać i zetrzeć na tarce marchew. Do jednej miski wsypać mąkę i wszystkie suche składniki - wymieszać. W drugiej wymieszać mikserem na wolnych obrotach ( nie ubić ) jaja + cukier + olej . Cukier nie musi się rozpuścić, wystarczy chwilę, na koniec dodać marchew. Odstawić mikser, wsypać suche składniki wymieszać łyżką ( już nie mikserem ). Włożyć do papilotek. Piec 25 minut. Ja piekłam 30 , ale mój piekarnik coś słaby jest. Z tej porcji wyszło tyle co na zdjęciu.
I tak naprawdę dłużej się pisze i czyta składniki niż robi :)